Kto: Piotr Waksmund, Karol Kleszyk, Piotr

Opis z wyprawy: Piotr Waksmundzki

Na pomysł wyprawy wpadłem rok przed wyjazdem, ale rożnie bywa z ze znalezieniem czasu i zdecydowaniem się na robienie tego typu akcji (; Uprzedzam, relacje jest bardzo obszerna (szczegółowa).

I Dzień wyprawy - Bielsko Biała - Frydek Mistek - jakaś wioska 😛

Przed wyjazdem miałem plan, żeby przez 2 tygodnie wypocząć, tj nie chodzić na imprezy, dużo spać etc. oczywiście nie wyszło 😉 wyjeżdżając z domu o 6 rano byłem przemęczony, niewyspany i mnie suszyło :] Z racji że była to moja pierwsza jazda na rowerze z sakwami to kilka razy o mało co bym sieęnie wyrąbał w drodze na dworzec, ale z czasem się przyzwyczaiłem na szczęście i nie czułem prawie różnicy (czułem tylko ‚w nogach’, oj ciężej się jedzie z sakwami…).

Na dworcu odebrałem bilety powrotne z Pragi do granicy, spotkałem się z dwoma kumplami z którymi miałem jechać: Karolem i Piotrkiem. Odpowiedzieli oni na mojego posta w necie o chęci wyjazdu, poszliśmy na piwo i tym sposobem się zgadaliśmy, ale znać to się nie znaliśmy ani trochę 😉 Pociągiem dojechaliśmy do Bielska-Białej. Spotkaliśmy tam 3 kolesi, którzy również jechali do Wiednia, tyle że chcieli tam dojechać w tydzień, a nasz (mój :P) plan zakładał że dojedziemy tam w dwa dni……. Pożegnaliśmy się z nimi dość szybko i zaczęliśmy nasze wielkie pedałowanie droga ekspresowa (a co :D) do granicy.

Na granicy celnik, gdy usłyszał odpowiedź na pytanie gdzie jedziemy, zrobił nietęgą minę, ale przepuścił nas. Pierwszy posiłek mieliśmy już w Czechach. Karol wziął (dość Duży) czajnik elektryczny, więc zagadaliśmy do jakichś Czeszek, i wrzątek do zupki był 😉 W tym momencie okazało się również, że Piotrek (ten drugi, nie ja) się chce odchudzać na wyprawie, i jedyne co będzie jadł to chleb…. Pomysł debilny niesamowicie, bo taka jazda wyczerpuje strasznie organizm, i trzeba wrzucać dużo witamin i ogólnie jeść dużo żeby mieć sile :] w tej sytuacji ugadaliśmy się z Karolem i podrzucaliśmy Piotrkowi jakieś kanapki bardziej wybajerzone żeby chłop miał sile.

Droga przez Czechy była extra. Malownicze pagórki, dobre drogi, przyjaźni ludzie. Żyć nie umierać ;). Po drodze odwiedzaliśmy niektóre (te ciekawiej wyglądające) kościoły, żeby nie było ze tylko pedałujemy. Trzeba pozwiedzać :] Kolejne postoje mieliśmy albo na stacjach benzynowych (wrzątek, sklep to nawet niezłe ich zalety…) lub na przydrożnych łąkach.

Dojechaliśmy w okolice jakiejś wioski, i tam tez rozłożyliśmy nocleg. Trochę późno się za to zabraliśmy, i musieliśmy sobie radzić po ciemku. Nasze ‚obozowisko’ polegało na rozłożonym 2 osobowym tropiku tak żeby zmieściło sie nas 3 w niego. Nie było to łatwe i były fajne dziury, przez które wiał wiatr, i wchodziła (wpływała?) rosa. Sweet…

Tego dnia przejechaliśmy 150km. Pogodę mieliśmy idealną, a humory dobre 😉

II Dzień wyprawy

Z rana deszcz….. myślałem że nie wyjdę z tropiku :] Niestety zaufałem prognozom pogody i nie miałem kompletnie nic od deszczu na siebie i błotników w rowerze, wiec perspektywa jazdy w deszczu nie była dla mnie zbyt interesująca…. Ale cóż zrobić, trzeba było zebrać dupsko i pedałować :] po 15 minutach jazdy na szczęście przestało padać. Morale wzrosły :]

Około godziny 10 przyglądając się mapie i licząc pozostałe kilometry do Wiednia zauważyłem mały problem. Wyliczyłem że tego dnia powinniśmy przejechać 250km….. Za mało ujechaliśmy poprzedniego dnia :/ pogadałem z chłopakami i zdecydowaliśmy [patrz: narzuciłem im] że dojedziemy dziś do Wiednia i koniec :] W Wiedniu byłem umówiony z Isą (z którą wcześniej pisałem e-maile, a znalazłem ją poprzez hospitalityclub.org) na 20:30. Napisałem więc sms’a do kumpla żeby napisał jej maila, że będziemy na miejscu o północy.

Narzuciłem szybsze tempo i lecieliśmy 😉 Kolejnym problemem okazał się nawrot kontuzji Karola. Skręcone kostki miesiąc temu…. Pytaliśmy w restauracjach o bandaż, a że nie mieli, to skończyło sie tym ze zakosiłem obrus :] zrobiliśmy z niego bandaż, opaskę na głowę… ogólnie, przydał się :] Tego dnia naszym gastronomicznym przebojem został krem czekoladowy [czyt: szoko]. Było smaczne, pożywne, tanie, łatwe do rozsmarowania, nie psuło się, splatało się idealnie z zupka (z torebki): rosołem, pomidorową, grzybową – idealne po prostu :]

Około godziny 19 dotarliśmy do bardzo ładnie położonego miasteczka granicznego: Mikulov „miasto w którym domy śpiewaja” jak pisał morawski poeta Jan Skacel o tym miasteczku. Piękna miejscowość południowych Moraw, trudno wyrazić słowami jak tam pięknie. Symbolem miasta jest kościół św. Sebastiana obok potężnej, wolnostojacej dzwonnicy na świętym wzgórzu. Pięknem zachwyca także zamek z okrągłymi wieżami po bokach. Mikulov szczycił się najwiekszą po Pradze gminą żydowską, której symbolem jest cmentarz żydowski oraz stara synagoga (barokowy wystrój).

Austriacki celnik gdy nas zobaczył, również wytrzeszczył gały, ale póśił nas. Austria!!! 😀 Po pół godziny było już ciemno, wiec zjedlismy zupke, szoko i zaczelismy sie zastanawiac co robic. Kumpel nic nie odpisal, nie wiedzialem czy mamy gdzie spac w Wiedniu.

Okazalo sie ze nie mialem +48 przed jego numerem…… wyslalem sms’y jeszcze raz na wlasciwy numer, i po 10 minutach mialem juz konkretna odpowiedz, wraz z numerem na komorke do Isy. Isa powiedziala ze mozemy przyjechac do niej o polnocy, wiec… jedziemy 😉 Po raz kolejny wskoczylismy na droge ekspresowa a ze ja nie mialem swiatel, to musielismy jechac w szyku. Karol, ja, Piotrek. Chlopaki robili za moje swiatla 😉 Jechalo nam sie extra, pobocze zabojczo szerokie, temperatura bardziej ludzka i perspektywa wieczornego prysznica dodawaly nam sil. Okolo 23 dotarlismy. WIEDEN 😀

To zaczynamy poszukiwania miejsca spotkania z Isa. Schwarzenberg Platz. Cale zycie myslalem ze znam sie na mapach, ale niestety na austriackich nie. Nie dalo sie skojarzyc informacji z indeksu planu z planem jako takim. 2 gosci na stacjach tez nie umialo 😛 jakis chory system maja. W koncu znalazlem jakis normalny plan, i znalazlem i plac.

Wystarczylo przejechac jakies 10 km autostrada i bylibysmy na miejscu prawie. Ale ze nie mozna jezdzic rowerem po autostradzie, a w Austrii jest monitoring beszczelny drog to….. pojechalismy autostrada 😉 W pewnym momencie podjechal do nas jakis motocyklista, myslelismy ze pies na poczatku, ale to tylko jakis szwab. ‚das ist eine autobahnen, raus!’ i pojechal 😉 nie przejelismy sie nim zbytnio i pojechalismy dalej. Niestety okazalo sie ze Piotrek jest przyjebany. Zjechal z autostrady, przelozyl rower przez barierke i stanal. Co z tego ze ja z Karolem chcielismy jechac dalej. On nie bedzie jechal autostrada. Glupszym sie ustepuje, wiec pojechalismy tak jak on chcial. Dluzej nam zeszlo, ale w koncu o 00:11 dotarlismy na Schwarzenberg Platz. 11 minut spoznienia (gdyby nie ten idiota, to bylibysmy na czas ;)).

Puscilem sms’a i Isa zaprowadzila nas do siebie. Dziewczyna 20 lat, mieszkala sama i przyjela nas 3. Na miejscu okazalo sie ze zepsul jej sie prysznic…. Dobrze ze umywalke miala duza 😛 A dziewczyna niezla byla. Strasznie ja zdziwilo to ze dalem rade umyc sobie hery w umywalce. Jak jej powiedzialem ze caly sie w niej umylem to calkowicie padla :] Chwile pogadalismy, ja zaaplikowalem sobie ‚regeneration’, tj polknalem 3 piguly i zapilem 1,5 litrem wody do ktorej wrzucilem wczesniej 3 piguly wapna. Kolejny opad zuchwy Isy….. 😉 Posnelismy….

Tego dnia zrobilismy ponad 250 km. Plan wykonany. W dwa dni do Wiednia :]

III Dzień wyprawy

Zwiedzanie Wiednia zaczelismy dosc wczesnie, bo o 8 juz jedlismy sniadanie na Schwarzenberg Platz’u. Jest to plac jakiegos sowieckiego zolnierza (;

Z racji krotkiego spania w nocy i sporego zmeczenia poprzednim dniem po sniadaniu przespalismy sie kilka godzin w lokalnym parku, pod opera :]

Pozniej odwiedzilismy Kosciol Sw. Karola.

Nastepna byla Katedra Wiedenska. Pozniej kilka kolejnych kosciolow, Biblioteke Narodowa, Parlament. Wszystko co najwazniejsze. Wieczorem siedzielismy w parku i spiewalismy polskie piosenki, pilismy piwo, jedlismy pasztet i… ogolnie robilismy wioche 😉 Isa nie wracala dosc dlugo, wiec wybralem sie na samotne zwiedzanie Wiednia noca (chlopaki juz mieli dosc). Objechalem wszystko jeszcze raz, i pojechalem szukac Izy. Zadzwonila do mnie kolo 1 w nocy z pytaniem gdzie jestem…. Okazalo sie ze wrocila juz na umowione wczesniej miejsce i czeka (razem z chlopakami na mnie). Wrocilem wiec ‚na mieszkanie’ i doszlo do malej sprzecki pomiedzy mna a nia, bo wyskoczyla na mnie z morda ze ‚gdzie ja sie podziewam’, no rozwalila mnie kobita 😉

IV Dzień wyprawy

Zebralismy sie z samego rana, kupilismy Isie kwiatki zeby jakos sie odwdzieczyc za przysluge, i pojechalismy zobaczyc dwa najwieksze palace w wiedniu: Belweder i Schönbrunn. Pojechalismy jeszcze na wieze widokowa z ktorej rozposcieral sie widok na caly Wieden, i po poludniu wyjechalismy, zeby noc spedzic juz poza miastem. Nie chcielismy spedzic kolejnej nocy u tej dziewczyny. Nie ukladaly nam sie zbyt dobrze kontakty 😉

Kladac sie spac (w krzkach) slsyzelismy odglosy jakiegos dziwnego zwierzecia, ale co tam, idziemy spac 🙂

 

V Dzień wyprawy

O 3 rano obudzil mnie mroz. Jak sie okazalo moj spiwor jest pokryty szronem 😀 oj chyba nigdy w zyciu mi nie bylo tak zimno 😉 a widok srodka namioty byl ciekawy. gruby obwinal sie calkowicie w swoja sypialnie, wiec wygladal jak wielki kokon, Karol jak sie pozniej okazalo poszedl spac do pobliskiej budki mysliwskiej (o wielkosci metr x metr).

Zmeczeni noca, i totalnie niewyspani wstalismy o 6 (i tak sie spac nie dalo bo zimno bylo :P) i pojechalismy dalej. Trasa byla bardzo przyjemna, male gorki, ladne widoki, malo ruchliwe drogi. Jechalo nam sie dobrze, a kolejna noc przewidujac kolejny przymrozek, spedzilismy w stodole zeby cieplej bylo 🙂

VI Dzień wyprawy

O 7 rano ze stodoly przegonil nas jakis chlop krzyczac „raus!” :] Wieczorkiem dojechalismy do Pragi, w ktorej spotkalismy sie z moimi kumplami: Bartkiem Pawlem i Przemkiem (3 braci), i ktorzy zabrali nas z centrum do siebie do domu. Wreszcie goracy prysznic….. :] Pojechalismy do tesco bo ‚male co nieco’ w ilosci okolo zgrzewki, i oddalismy sie jakze dobrze znanej nam czynnosci, tj spozywaniu chmielowej zupy w towarzystwie fajki wodnej i muzyki 😉

VII dzień wyprawy

Po zakupieniu 5 litrowego baniaka z wloskim winem, udalismy sie razem z Pawlem (jednym z 3 braci) na zwiedzanie Pragi.

Zaliczylismy wszystko co najwazniejsze: rynek, kilka kosciolow, zlota uliczke, most karola, hradczany, zamek trojski. wieczorem poszlismy na krzyzykowe fontanny (spektakl polegajacy na zsynchronizowanym pokazie wieelu fontann swiatla i muzyki, polecam), a nastepnie udalismy sie do cyganskiej dzielnicy na piwo 😉 w pewnym momencie Karol razem z grubym pojechali do domu (Karol mial jechac razem z Ojcem Braci do Polski samochodem z samego rana) z gruby pojechal bo jest dziwny, a ja…. hmmm… kiedys tez czyms wrocilem do domu 😉

VIII Dzień wyprawy

Jak sie rano okazalo, gruby nie mowiac nikomu nic, bez slowa pozegnania zmyl sie (czym pokazal swoj kompletny idiotyzm), a my z chlopakami wbilismy klina, i tym razem wraz z Bartkiem poszedlem na manifestacje za legalizacja maryhy, polaczona z koncertami reagge na kilku scenach. Kiedys wrocilismy do domu :]

IX Dzień wyprawy

o 12 mialem autobus do Ostravy (przygranicy Polski), ktory jak sie okazalo odjezdzal z innego stanowiska niz mi powiedziano, i mi uciekl. Po zrobieniu malej rozroby na dworcu, kupilem w koncu kolejny bilet, na 14. w Ostravie bylem kolo 20. Bylo ciemno, nic nie jadlem tego dnia, nie mialem koron ani euro (zreszta, kantory zamkniete), nie mialem swiatel do roweru…… faajnie 😉 Psim swedem (za 5 zl) dostalem sie pociagiem do czeskiego cieszyna, skad juz jest 0,5 km do Polski. O 22 dotarlem do Polski :]

Najblizszy pociag do Krakowa mialem juz o 5 rano, wiec stwierdzilem ze pojade sobie droga ekspresowa do Bielska, a co 😛 W pewnym momencie droga ta przeszla w 2 pasy bez pobocza, wiec z racji braku swiatel musialem przejsc na czesc drogi ktora byla w budowie. Jadac w totalnych ciemnosciach raz niemalze wpadlem w przepasc (budowa wiaduktu) i spotkalem sie z jakimis sekciarzami chyba 😛 nie przygladalem sie im, szybko zwialem 😉 spisala mnie dwukrotnie policja, ale w koncu o polnocy dotarlem do Bielsko-Bialej, skad o 4 z minutami mialem pociag do Krakowa. Przespalem sie na dworcu i o 7 rano dotarlem do swojego mieszkania na krakowskiej Kozlowce 🙂

Byla to moja pierwsza tego typu wyprawa, ktora mimo wielu problemow mile wspominam. Wiem jedno, nastepnym razem trzeba lepiej dobrac ekipe (gruby nie jedzie :P), i wziac caly namiot a nie sam tropik 🙂