Kto: Artur Kania i Karol Kleszyk

Ile przejechanych kilometrów: 2300 km
 
 
 
 


Relacja z wyprawy opisana przez Artura Kanię

 

Z Krakowa wyruszyliśmy pociągiem 5 lipca 2009 r., godzinę po północy. Mieliśmy jednodniową obsuwę z uwagi na moją chorobę. Byłem jeszcze w trakcie kuracji antybiotykowej. Naszym celem podróży kolejami było Leibnitz – małe miasteczko w południowej Austrii. Do Leibnitz dotarliśmy po kilku przesiadkach, tego samego dnia ok. godz. 21. Stamtąd do końca wyprawy poruszaliśmy się już na rowerach. Po całej nocy i dniu w pociągach, trzeba było odpocząć. Właściwe od razu nastawiliśmy się na poszukiwanie noclegu. Byliśmy przygotowani na survival. Pierwszy nocleg mieliśmy przy kościele ok. 30 km od Leibnitz. Przed snem testowaliśmy nowy nabytek Karola – kuchenkę turystyczna firmy Primus. Wbrew pozorom, nie od razu wiedzieliśmy jak właściwie z niej korzystać. W związku z tym wybuchł mały pożar, który na szczęście szybko opanowaliśmy. Niestety, zwrócił on uwagę porządnych Austriaków. Wytłumaczyliśmy, że gotujemy makaron. Przeszło. Po kolacji poszliśmy spać.

Następne dwa dni to jazda przez Słowenię, głównie w deszczu i momentami w burzy. Staraliśmy się jechać drogami lokalnymi, tej zasady trzymaliśmy się właściwie do końca, poza drobnymi wyjątkami. W ostatni dzień jechaliśmy na przykład drogą ekspresową. Z sakwami ciężko było wtedy utrzymać stałą prędkość 40 km/h. Na szczęście było to tylko kilka kilometrów.

Czwartego dnia, dość wcześnie rano, byliśmy już w Chorwacji. Nocleg mieliśmy ok. 100 m od granicy, po stronie słoweńskiej, więc nie było daleko. Na przejściu granicznym celnicy z niedowierzaniem słuchali o naszych planach dotarcia na rowerach do Albanii. Wieczorem dotarliśmy nad wybrzeże w okolicach miasta Senj. 18-sto kilometrowy zjazd serpentynami nad samo morze zostawiliśmy sobie na następny dzień, bo zatrzymaliśmy się na nocleg w opuszczonej restauracji, ok. 700 m n.p.m., z wspaniałym widokiem na Adriatyk i wyspy. Jak na opuszczony lokal, standard był wysoki.

Pierwszy kontakt z morzem dostarczył wrażeń. I ten makaron gotowany na plaży w godzinach porannych… Bezcenne.

 

Dalej, jechaliśmy wzdłuż wybrzeża, czasami uciekając w góry, albo na wyspę Pag, na którą to wyspę dostaliśmy się promem. Na promie spotkaliśmy 4 Słowaków. Jechali na rowerach do Baku. W ogóle w czasie tej wyprawy spotkaliśmy wielu napaleńców, takich jak my: Finów, Słoweńca, Francuza, Czecha z Amerykaninem mieszkającym w Madrycie, no i naszych ziomków z Warszawy i Łodzi. Na wyspie Pag mieliśmy kryzys żywieniowy. Nasze zapasy skurczyły się do ryżu i kaszy. Zakupy chcieliśmy zrobić jeszcze przed wejściem na prom. Niestety w miejscowości, z której odpływał prom, jak i w miejscu, do którego dopływał, nie było żadnego sklepu. Wsypa sucha jak pieprz, same kamienie. Dla mnie mix kaszy i ryżu był w porządku, Karolowi takie smaki nie podeszły. Po kilkunastu kilometrach jazdy wzdłuż wyspy dotarliśmy do miasteczka, w którym zrobiliśmy porządne zaopatrzenie.

Chorwacja wywarła na nas pozytywne wrażenie. Jedyna nieprzyjemna sytuacja miała miejsce w Splicie. Pewien Chorwat, właściciel osiedlowego serwisu rowerowego, chciał za część łańcucha 20 €. Zeszliśmy do 9 €, co i tak było grubą przesadą. Czy wyglądaliśmy na zarobasów z Polski?! W Dubrovniku za to spotkaliśmy dziadka, z którym długo pogadaliśmy, bo dość dobrze rozumiał po polsku. Trochę wizjoner ale to mu wybaczamy. Podobno przed 40 laty spotykał się z Grażynką z Katowic. Niestety to już historia. Ale opowiadał nam o dwu metrowych zaspach śniegu, o długich kolejkach w sklepach i o drogich samochodach w Polsce, które sam widział. Ten obraz PRL widać tak mocno utkwił mu w głowie, że nie zauważył jak minęło 40 lat. Wtedy też dowiedzieliśmy się, że bez problemu można pic browary w Chorwacji w miejscach publicznych. My zrobiliśmy to w porcie. Bezcenne. Namiot na nocleg rozbiliśmy na kamienistym wybrzeżu, tuż obok portu. Rano amatorzy pływania na pontonach i nurkowie ze zdziwieniem wlepiali wzrok w nas i nasz dobytek rozwalony na wybrzeżu.

Zanim dotarliśmy do Czarnogóry, dwa dni spędziliśmy w Bośni. W Montenegro od granicy z Chorwacją do miasta Kotor jechaliśmy wzdłuż wybrzeża. W Kotorze dowiedzieliśmy się z telewizji, że J. Buzek został wybrany przewodniczącym Parlamentu Europejskiego. Miły akcent. Namiot na nocleg rozbiliśmy ponad miastem, w miejscu, skąd widzieliśmy i słyszeliśmy życie nocne małego ale urokliwego miasteczka. Następnego dnia z wysokości nieco wyższej niż poziom morza wspięliśmy się do wysokości ok. 1300 m n.p.m. Średnia prędkość 8 km/h. W takim tempie jechało się grubo ponad dwie godziny. Kierowaliśmy się przez Narodowy Park Lovcen, Cetinje, gdzie wypiliśmy dobrą bałkańską kawę i spróbowaliśmy czarnogórskie browary: niksicko i Jelen (siki!), do Jeziora Szkoderskiego. Okrążyliśmy je. To drugie po Kotorze miejsce warte zobaczenia w Montenegro. Potężne jezioro, długości ok. 50 km, na granicy czarnogórsko-albańskiej. Tym sposobem znaleźliśmy się na terytorium Albanii.

W Albanii zaskoczył nas sposób życia ludzi. Jest to ubogi kraj, o ile nie najuboższy wśród państw europejskich. Niemniej ludzie są bardzo otwarci i przyjaźnie nastawieni. Zapraszali nas na kawę. Taki ich zwyczaj. W Albanii częsty jest widok budynków, które są w budowie od dobrych kilku lat. Są wykończone na przykład dwie pierwsze kondygnacje, powyżej sterczą bebechy. Ma to chyba związek z systemem podatkowym – za domy w budowie nie opłaca się podatku od nieruchomości. Bardzo często na tych budowach wiszą flagi albańskie. Po ulicach biegają dzikie sfory psów, którymi nikt się nie przejmuje. A główna droga o randze krajowej z miasta Skhoder w kierunku Podgoricy – stolicy Czarnogóry, wygląda jak nasze bieszczadzkie bezdroża. Szosówka odpada.

W pierwotnych planach chcieliśmy dotrzeć do Macedonii i Grecji, ale z uwagi na brak czasu, w mieście Szkhoder zmieniliśmy kierunek naszej wyprawy. Od tej pory kierowaliśmy się na północ.

Trzecim, moim zdaniem, miejscem, które warto zobaczyć w Czarnogórze, poza wspomnianym Jeziorem Szkoderskim i okolicami miasta Kotor, to góry Durmitor oraz Kanion Tara, w północnej części tego niewielkiego państwa. Byliśmy tam. To ok. 200 km od wybrzeża ale dużo chłodniej niż nad morzem. Najwyższe szczyty mają wysokość ok. 2600 m n.p.m. Nocleg mieliśmy na campingu, na wysokości ok. 1500 m n.p.m. Było naprawdę chłodno w nocy, pomimo, że to był lipiec. Następnego dnia zdobyliśmy przełęcz (1900 m n.p.m.), do której prowadziła asfaltowa droga.

Najbardziej pozytywnie wspominam Chorwację i Czarnogórę. Duże przewyższenia, kilkunastokilometrowe podjazdy, potem zjazdy. To wszystko w scenerii klimatu śródziemnomorskiego, wybrzeży dalmatyńskich. Palce lizać! Ty, rower, wspomniana sceneria, i czasem plecy Karola. Karol jest świetnym góralem, ja go brałem na zjazdach, hehe. Podjazdy czasami dawały w kość. Zdarzało się podpiąć do ciągnika. Wtedy na twarzy pojawiała się prawie niezauważalna ulga i satysfakcja.

Przez Serbię jechaliśmy trzy dni. Z tego połowa trasy przebiegała w górach, potem już do końca po równinie. Dlatego ostatnie dni były najlepsze pod względem osiągów w dziennym dystansie, po ok. 200 km. I tak w ostatni dzień wyprawy przejechaliśmy najdłuższy dzienny dystans – 234 km. Miało być nieco mniej. Ruszyliśmy jak prawie zawsze, tj. ok. 8 godz. Na miejscu w Szeged (południowe Węgry) byliśmy o 3 nad ranem następnego dnia. Po drodze mijaliśmy jakąś grubą imprezę rockową w Serbii – w stylu naszego Woodstocka. Mnie ubawiła pewna dziewczyna, która zasuwała po drodze na rolkach w zupełnych ciemnościach, pewnie wracała z tego festiwalu. Jedynym jej oświetleniem była świecąca dioda. Z daleka myślałem, że to UFO. To dopiero survival! O północy dojechaliśmy do granicy, ale dość szybko okazało się, że jej nie przekroczymy. Przejście o tej godzinie było już zamknięte, a poza tym miało ono charakter lokalny. Było przeznaczone dla przygranicznych mieszkańców Węgier i Serbii. Taka była wersja oficjalna. Musieliśmy skierować się na inne przejście. Dzięki temu dostało nam się ok. 50 km dodatkowo w nogach. Z Szeged do Krakowa wróciliśmy pociągami. Na Słowacji na przesiadki mieliśmy max. 4 min. Na szczęście wszystko się zgrało, ale za to nie było czasu kupić jedzenia. Dopiero w Katowicach pojawiła się okazja. Czekaliśmy na pociąg do Krakowa ok. 3 godzin w McDonaldzie. Było już późno. Zamówiliśmy po 6 różnych hamburgerów. Po 3 godzinach już wiedziałem, że to było głupie. Do Krakowa dojechaliśmy pociągiem z oczywistym dla PKP, godzinnym opóźnieniem…

„Podróż przecież nie zaczyna się w momencie, kiedy ruszamy w drogę, i nie kończy, kiedy dotarliśmy do mety. W rzeczywistości zaczyna się dużo wcześniej i praktycznie nie kończy się nigdy, bo taśma pamięci kręci się w nas dalej, mimo że fizycznie dawno już nie ruszamy się z miejsca. Wszak istnieje coś takiego jak zarażenie podróżą i jest to rodzaj choroby w gruncie rzeczy nieuleczalnej”.

Ryszard Kapuściński

Opis wyprawy: Artur Kania